A tak sobie (all rights reseved)

Tutaj można pisać o czym dusza zapragnie!
Post Reply
User avatar
SaSTrooP
Site Admin
Posts: 798
Joined: Mon Aug 01, 2011 10:26 pm

A tak sobie (all rights reseved)

Post by SaSTrooP » Sat Nov 02, 2013 3:49 am

Wrzucam, bo mało powiązane z fabułą książki, którą piszę, a może dać co poniektórym poczuć specyficzny klimat mojego pisarstwa. Może lud zrozumie w końcu, dlaczego wydaję się być taki zmierzły? :D
Dostajecie raw wersję, prosto z pieca, bez poprawek językowych. Enjoy!

Pułkownik Kulikow szybkim ruchem rozmasowywał kark. Pocierał rękami bardzo mocno, nieomal doprowadzając swoją skórę do zapłonu. Brudził kołnierz kamuflażowego munduru krwią z paznokci, która wąskimi strużkami spływała po karku, gdy szybki ruch strzepywał ją z palców.
Błyskawicznie puścił kark, opuścił ręce wzdłuż ciała i napinał raz p oraz wszystkie mięśnie, stając na placach. Spazmatycznie wdychał powietrze i wydychał, raz-dwa, raz-dwa, bez najmniejszej chwili przerwy. Po kilku sekundach przestał i sięgnął po kawę, stojącą przed nim. Pił ją z dużego piwnego kufla z napisem Heineken. Płyn nie zawierał żadnego mleka i minimalne ilości wody. Pół kufla zasypano granulkami, które teraz rozpuściły się we wrzątku, a następnie wsypano kilkanaście łyżeczek cukru. Pułkownik omal nie zwymiotował, jednak szybko opanował się i kilkoma haustami zgasił pragnienie, a przynajmniej jego fizjologiczną potrzebę. Od kilkunastu godzin nic nie jadł i przyjmował ogromne ilości kawy.
Pięć minut przerwy, pięć minut, potrzebuję tylko pięć zafajdanych minut i wszystko będzie dobrze, już dobrze. Mamy to, dajemy radę...
Usłyszał stukot wojskowych buciorów gdzieś za sobą. Zbliżał się szybko, z dynamicznym tup-tup-tup-tup. Ktoś wbiegał po schodach. Bardzo szybko.
Porucznik Maronajew wpadł do opustoszałej kawiarni. Stoliki leżały przewrócone, światło mrugało co chwilę, plamy kawy i masa kubków, o które w każdej chwili można było się poślizgnąć wypełniały białą podłogę. Z pobliskiego CD Playera grała muzyka, akurat jakaś piosenka Tatu.
Maronajew zastał pułkownika Kulikowa z kawą w ręku, zaraz przed szklanym wyjściem, gdy ten obserwował piękny zachód słońca nad lekko zachmurzonym niebem. Słońce, wielkie, okrągłe i czerwone wpadało za horyzont, rozlewając swoją krwawą łunę jak ręce w geście powitania... lub uścisku pożegnalnego.
Ono wiedziało.
- Panie pułkowniku, chodź pan! Szybko! Szybko! - darł się porucznik.
Kubek brzęknął głośno, roztrzaskując się na ziemi.
Kulikow biegł w stronę Maronajewa z całych sił w nogach. Z jakiejś przyczyny ton jego panicznego głosu przeraził go do głębi kości. Odległość kilku metrów, która ich dzieliła, wydawała się być wiecznością.
- Co jest, co się dzieje! - wrzeszczał. - Mów do mnie, Maron!
- Chodź pan, chodź pan! - odkrzyknął tylko i ruszył w dół.
Kulikowowi nie pozostało nic innego, jak ruszyć za nim. Zwalali się w dół kwadratowej i wąskiej klatki schodowej, idącej kilkanaście metrów w głąb ziemi.
Wkroczyli następnie, cały czas sprintując, w sieć wąskich korytarzy. Te wypełnione były ludźmi. Mijali niekończące się stanowiska komputerów z milionami konsoli sterujących i wielu młodych, krótko ściętych ludzi w mundurach operujących nimi.
- Co się dzieje, co się dzieje! - wrzeszczał, pytając się wszystkich możliwych napotkanych.
Odpowiedziały mu tylko wrzaski i jakieś losowe zdania, nie mające sensu. Potrącił kręcącą się w kółko z przerażenia sprzątaczkę, potknął się o jakiegoś młodego pod ścianą, płaczącego i bujającego się z rękami oplatającymi ramiona, staranował jakieś zbiegowisko techników.
W końcu, po wycięczającym, półtorej minutowym biegu dotarł do centrum sterowania, nad którym sprawował pieczę.
Boże, pięciu minut, nie ma pięciu minut! Boże, Boże, Boże!
- Co się do chuja świętego dzieje! Do kurwy nędzy! Co! Co! Co! - wyryczał, ignorując potężny ból gardła i masę śliny wypadającej mu z ust. Rozwalone wcześniej paznokcie ponownie wbił się w dłonie, skrzepy popękały, zrogowaciała skóra odeszła od ciała.
- Wielki Boże! Atakują! Atakują, kurwa, nas! - wykrzyczał jakiś oficer, którego Kulikow znał słabo, szarpiąc go spazmatycznie za przepocony mundur Wojsk Rakietowych Federacji Rosyjskiej.
Oczy Kulikowa wyszły z orbit.
- Co? Ale kto?! Jak to! Wyłączyliśmy ich!
Rzucił się do ogromnego pulpitu z danymi technicznymi i komputerem odbierającym sygnały radarów z całego kraju.
To nie może być możliwe! Trafiliśmy wszystko, najlepsza moja jednostka, dzielne chłopaki, trafiają wszystko, to najlepsi z najlepszych, choć niektórzy płaczą. To moi...
- To nie Chińczycy, Jezusie zmiłuj się! - darło się już pół sali. - To Europa, Europa odpala na nas, nie jesteśmy przestawieni!
Chwiejąc się, Kulikow podszedł do ogromnego ekranu i obserwował, jak radar wykrywa liczne punkty zmierzające z zachodu. Uwaga wszystkich wcześniej skupiała się na gasnących raz po raz chińskich punktach oporu i miastach. Odpalili wszystkie rakiety dalekiego zasięgu z – jakimś cudem – stuprocentową celnością. Zniszczyli cztery pozycje chińskie i trafili z pewnością Urumki, Czengdu, Czonking i Lanzou. Przygotowanie dalszych rakiet zajmie im kilkanaście godzin. Ale Europa ruszyła... teraz... jak mogli to przeoczyć?
- Moskwa. Jakie rozkazy. Z Moskwy! - wychrypiał, nie doczekują się odpowiedzi. - Jakie kurwa rozkazy są! - teraz już wrzasnął.
Banda spanikowanych i mokrych żołnierzy zbiła się w kupkę, by solidarnie bronić się przed gniewem dowódcy.
- Nie ma rozkazów. - przyznał cicho Maronajew. - Moskwa nie odpowiada... - zaczął łkać.
Kulikow bezradnie rozejrzał się po sali. Widział teraz grupę zrezygnowanych chłopców, mały który – poza starszymi oficerami – celebrujący swoją czterdziestkę. Dla ponad sześćdziesięcioletniego pułkownika wszyscy byli tylko młokosami.
Sala stała w milczeniu. Po cichu, jak myszy, wkradali się żołnierze i technicy z innych pomieszczeń, w pełni już świadomi rozwoju sytuacji. I jedyna sprzątaczka, która pozostała w bazie.
- Metro w Moskwie i Petersburgu chociaż nadaje? - wyszeptał Kulikow.
- Coś odbieramy, chaotycznie, że ewakuacja, ale odbieramy. Tamci się chowają. Oba miasta. - przyznał jeden z techników.
- Chwała Panu. Ręka do góry, kto ma tam rodzinę?
Kilka dłoni wyniosło się ponad niemały tłum.
Kulikow omiótł wzrokiem pozostałych. Stali apatycznie, obserwując własne buty, nie ważąc się ruszyć, jak gdyby od tego miała zależeć przyszłość planety.
- A co z rodzinami reszty? - spytał dla pewności.
Bez odzewu.
- Panie pułkowniku? - usłyszał jakiś głos za sobą. - Co teraz z nami będzie?
Wolał nie odwracać się, by szczęśliwie nie wiedzieć, kto zadał to straszne pytanie.
- Damy im to, co możemy. - odpowiedział cicho. Myślami był ze swoją żoną i dwoma córkami, gdzieś daleko w Rostowie. Tam metra nie było, dopiero je budowali.
Zdradzili nas. Zabili nas wszystkich...
Wszedł po krótkich schodach i powoli usiadł na swoim dużym, skórzanym, obrotowym krześle. Zwrócił się do wszystkich czekających w wysokiej sali.
- Wystrzeliliśmy wszystkie rakiety dalekiego zasięgu. Nie zdążymy przygotować silosów, wszyscy o tym wiemy. Ale mamy rakiety krótkiego zasięgu, które nie dosięgną Chin, ale poradzą sobie mniej więcej do końca terenu Niemiec. - rozejrzał się po milczącym tłumie. - Zdradzieckim chujom żabojadom nie oddamy, ale faszyści i polskie psy znajdą się w zasięgu! Do roboty! Ile mamy czasu?
- Około osiemnaście minut, panie pułkowniku! - zameldował porucznik Maronajew, tym razem jakby nieco bardziej zdecydowanie.
- Słyszeliście mnie ludzie! Do roboty! Do piętnastu minut chcę mieć to wszystko gotowe do wprowadzenia koordynatów i odpalenia. Maron, przytachaj mi teczkę z kodami, jest w moim gabinecie. Reszta... jazda, uwijać się! - wrzasnął na zakończenie.
Tłum zaczął żywiołowo ruszać się, ludzie zderzali się ze sobą i potykali wzajemnie, ale przystąpili do swoich zadań. Pułkownik Kulikow cieszył się świetną charyzmą i teraz też mógł na nią liczyć.
Obserwował z ograniczonym zadowoleniem, jak poszczególne lampki zapalają się, sygnalizując gotowość poszczególnych silosów do działania. Odpalali rakiety od dziewięciu godzin, bez chwili wytchnienia mordowali dziesiątki milionów Chińczyków. O nie, nie załatwią tylu Europejczyków, ale dokopią tymi głowicami ile mogą. Kulikow martwił się ich rozmiarem. Głowice były małe, siła uderzenia może nie powalić całego miasta, no i przede wszystkim rozszczepione atomy zostaną pochłonięte przez eksplozję, przez co opad radioaktywny będzie bardzo słaby w porównaniu z tym, czym dysponowały inne jednostki Wojsk Rakietowych.
Dobrze, nasi budzą się do życia..., pomyślał, widząc masowo pojawiające się punkty z innych baz na terenie całego kraju. Leciały nie po to, by skonfrontować punkciki z zachodu, ale by je wyminąć i siać własny armagedon.
Jego ludzie uwinęli się w osiem minut. Silosy przygotowano do otwarcia i rozpoczęcia procedury. Maronajew przyniósł teczkę z kodami. Kulikow otworzył ją, złamał pieczęcie i szybko zdeszyfrował treść kodów w sposób, jaki uczono go podczas przekazania tego strategicznego stanowiska. Jego baza nie była jedną z głównych i dużych, pełniła rolę wspierającej. I wykona swoje ostatnie zadanie. Wesprze resztę kraju w ostatnim zrywie.
Wprowadził kody do komputera i zatwierdził. Przygotował się do podania koordynatów. Nie było wiele czasu na zastanowienie. Na jego oczach rakieta odpalona z okolic Besancois uderzyła w Rostów nad Donem. Poczuł tylko skurcz całej twarzy, który powtórzył się kilkakrotnie. Nic poza tym.
Teraz czekała go ostatnia misja.
Oddał część kodów swoim oficerom, by sami wybrali cele i przygotowali rakiety do odpalenia, by wszystko odbyło się szybciej. Teraz i tak nie miało znaczenia, kto kieruje konsolą w bazie. Oficerowie wprowadzili koordynaty i ogłosili gotowość.
Kulikow uśmiechnął się, widząc te pozycje na mapie. Patrzył na miasta, które zapamiętają jego gniew.
Za żonę i moje niewinne dzieci.
Wprowadził koordynaty.
- Pięćdziesiąt jeden stopni północny, trzy minuty i... piętnaście sekund. Jest. Teraz dalej... trzynaście stopni, czterdzieści trzy minuty i trzydzieści sekund. Doskonale...
- Panie pułkowniku! - krzyknął ktoś z drugiego końca pomieszczenia. - Jedna z rakiet namierza się na nas. Chcą wyłączyć naszą bazę!
Nowe krzyki i panika narosły po korytarzach.
Oddamy im pustą bazę. Żadną inną.
- Odpalamy panowie! Odpalamy nim do nas doleci!
Przekręcił klucz.
Wstrząsy poruszyły bazą, z rogów sypnął tynk. Kamery pokazywały, jak potężne silniki rakiet buchają ogniem i rzucają całym obiektem jak kością.
No tak. Kości zostały rzucone.
Pierwsza rakieta wystartowała, gdy silos otworzył się ostatecznie. Po chwili wystartowała druga. Tę obserwował na kamerach szczególnie długo: była jego. Na jego koordynaty. Po chwili swoją rakietę odpalił podległy mu major, a kapitan, dowódca ochrony, czekał tylko na swoją kolejkę.
Trzy rakiety pomknęły w niebo i po kilku sekundach pojawiły się na radarze. Po minucie minęły się z lecącą w ich stronę europejską głowicę i pomknęły bezpiecznie do swoich celów.
- Panie pułkowniku! Czwarta rakieta nie leci, powtarzam, nie leci, jest zacięta! - poinformował go nerwowo kapitan dowódca garnizonu. - Co teraz?!
Kulikow wstał i położył mu powoli rękę na ramieniu. Gdy wstawał, był już starym człowiekiem, a kończyny drżały mu potwornie. Musiał podeprzeć się krzesłem niczym laską.
- Zostaw to. To nie twoja wina. Jedno pudło możemy mieć.
Kapitan patrzył się chwilę na dowódcę bazy, po czym powoli skinął głową, spoglądając głęboko w jego oczy i oddalił się nieśpiesznie.
- Za minutę uderzy. Jebnie prosto w nas! - zawołał ktoś na sali.
Teraz bieganina wybuchła już na całego. Ludzie krzyczeli, wymiotowali, obejmowali się nawzajem, modlili się w ostatnich chwilach.
Nie zdążyli nas wyłączyć. Żółtodzioby.
Niektórzy stali po prostu w milczeniu i dokonywali rachunku sumienia. Tak też zrobił Kulikow. Bał się. To oczywiste, że się bał. Ale obowiązek został spełniony. Jego rodzina nie żyje, ale on dokonał swojej zemsty. Stanął więc w tłumie i wyciągnął ręce. Ludzie biegali wokół niego, czasem delikatnie go muskając, ale nie obchodziło go to w ogóle. Zamknął oczy. Gdzieś po jego prawej ktoś strzelił sobie w głowę, obryzgując krwią towarzyszy wokoło.
Kamery wokół bazy zarejestrowały szybko lecący obiekt. Kilka osób krzyknęło, gdy go zobaczyło.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - zaczął po cichu Kulikow i otworzył oczy, by spojrzeć na niebo, jak zawsze zwykł robić podczas modlitwy.
Zobaczył nad sobą tylko betonowe sklepienie. Ta ostatnia myśl zaniepokoiła go absolutnie.
Francuska głowica wpadła prosto w otwarty silos zaciętej rakiety.
- ...święte jest imię twoje... - Kulikow drżał. Nie był sam. Prowadził chór.
Podwójna detonacja tylko wzmocniła siłę eksplozji. Megatony naparły na betonowy bunkier, rozrywając go od środka.
- ...przyjdź królestwo twoje... - wyszeptał Kulikow i nie mówił dalej wiedząc, że nie zdąży.
Spojrzał się na korytarz prowadzący do silosów. Wyleciało z niego absolutnie biało światło, najbielszą rzecz, jaką można zobaczyć na naszej planecie.

User avatar
RealCombat
Gracz
Posts: 305
Joined: Mon Mar 05, 2012 11:51 pm

Re: A tak sobie (all rights reseved)

Post by RealCombat » Sat Nov 02, 2013 1:34 pm

Image

zjemcichlep
Posts: 152
Joined: Fri Mar 15, 2013 3:31 pm

Re: A tak sobie (all rights reseved)

Post by zjemcichlep » Sat Nov 02, 2013 8:21 pm

Polskie psy nie... lepiej jebane lachy czy coś w tym stylu, bardziej rosyjskie okreslenie.

Ogólnie postapo czy political fiction bo nie wiem czy to poczatek książki czy koncówka.
Król Orlando I - Dziedzic Paraiso i Korony Ośmiu wysp, Admirał floty Południowej, Kawaler orderu Białej Gwiazdy, Hrabia Seirema, Kalestrano i południowego Carrlo Amiera

Poprzednio:
Pierwszy Sekretarz Parti towarzysz Nikita Lopotev- RIP
Husajn al-Ahras sekretarz rady starszych Takistanu
Człowiek o niewymawialnym imieniu - premier Sakuarno
Republika Maldenów - premier Mark Callagan

User avatar
SaSTrooP
Site Admin
Posts: 798
Joined: Mon Aug 01, 2011 10:26 pm

Re: A tak sobie (all rights reseved)

Post by SaSTrooP » Sat Nov 02, 2013 10:08 pm

Z lachami to akurat dobry pomysł :P
To jest postapo, wrzuciłem to tak losowo, bo to de facto mały dodatek do książki. Generalnie założeniem jest zrobić postapo z wątkami politycznymi, psychologicznymi jako najbardziej wyeksponowanymi. Mam napisane prawie połowę pierwszej części.

zjemcichlep
Posts: 152
Joined: Fri Mar 15, 2013 3:31 pm

Re: A tak sobie (all rights reseved)

Post by zjemcichlep » Sat Nov 02, 2013 10:33 pm

Trudno ogólnie skomentowac ten fragment, Tom Clancy to z ciebie nie jest :P tym bardziej że nie leży mi taki styl, bardziej wolę takie wpieprzanie bułkę przez bibułkę. Bohaterowie zajmują się jakimiś pierdołami a ogólny motyw kreci się gdzieś tam z boku. Co do postapo mimo że jestem fanem to liczba sensownych książek jakie mogę polecić to 0 (słownie zero), ciężko wytworzyć porzadny klimat, mhroczny, depresyjny i co najtrudniejsze REALISTYCZY
Król Orlando I - Dziedzic Paraiso i Korony Ośmiu wysp, Admirał floty Południowej, Kawaler orderu Białej Gwiazdy, Hrabia Seirema, Kalestrano i południowego Carrlo Amiera

Poprzednio:
Pierwszy Sekretarz Parti towarzysz Nikita Lopotev- RIP
Husajn al-Ahras sekretarz rady starszych Takistanu
Człowiek o niewymawialnym imieniu - premier Sakuarno
Republika Maldenów - premier Mark Callagan

Post Reply